poniedziałek, 9 maja 2016

Na przekór śmierci. Kontakt ze zmarłymi ukochanymi.

Źródło: Internet
Kiedy umiera jeden z partnerów pojawia się żal, depresja i pustka. Niekiedy jednak więź między kochającymi się ludźmi pozostaje nieprzerwana, nawet gdy jednego z nich nie ma już wśród żywych. Niektórzy odczuwają to jako "bezcielesną obecność". Inni wierzą, że otrzymali z zaświatów pomoc lub ostrzeżenie…
Wiele osób przyznaje, że ich ukochani małżonkowie czy partnerzy, którzy odeszli, dawali znać, że są na wyciągnięcie ręki, tyle że w wymiarze, do którego żywi nie mają dostępu.

Bezcielesna obecność
Pan M. z Warszawy wdowiec po "40", ojciec, którego syn kończy podstawówkę. Jego żona zmarła w 2013 r. Stało się to bardzo szybko, jej choroba trwała 1,5 miesiąca. Odeszła dzień przed sylwestrem. Po nerwowej walce o jej życie i dniach spędzonych na OIOM-ie Szpitala MSW, gdzie M. na przemian dowiadywał się, że nadziei nie ma albo jeszcze jest, przyszedł najczarniejszy dzień. Potem pogrzeb, od którego – jak mówi – czuje się jak wrak.
Są jednak dni, kiedy M. ma wrażenie, że żona nadal jest obok.
To jest odczucie "permanentnej obecności", czasem jakieś muśnięcia, dotyki. Coś jak delikatny wiatr. To nietypowe doznania, trudne do opisania. Najważniejsze jest to poczucie obecności – przekonanie, że w mieszkaniu jest niewidoczny "ktoś", najpewniej śp. żona. Kiedy jestem sam w domu i zasypiam, słyszę też kroki, jakby ktoś chodził raz w kapciach, raz w wysokich butach – dodaje M.

Podobnych historii są dziesiątki. Niewykluczone, że większość wdowców, wdów albo tych, którzy żyli w niesformalizowanych związkach, a nagle stracili drugą połowę, przeżywa coś podobnego. Psychologowie mają na to własny pogląd, sugerując, że to nie duch ukochanego, tylko psychika żywego płata figle, starając się wypełnić mu jakoś życiową lukę i skanalizować żal wynikający z tęsknoty za kimś, kto był, a potem bezpowrotnie zniknął.
Teoria ta na pewno ma swoje uzasadnienie, ale czy wyjaśnia historie takie jak ta opowiedziana przez panią R. ze Śląska?
Z racji tego, że jest to osoba znana w lokalnym środowisku, prosiła mnie, by nie ujawniać dokładniejszych danych na jej temat. Jej opowieść dotyczy rozwiązania problemu, który – jak mniema – nadeszło właśnie z zaświatów.
Ale zacznijmy od początku. Pani R. i jej małżonek uczyli w jednej szkole. Pewnego czerwcowego dnia 2000 r. do jej męża przyszedł dawny uczeń, który chciał odebrać świadectwo sprzed wielu lat. Z jakichś powodów nie zrobił tego wcześniej, a teraz było mu ono potrzebne. Problem w tym, że zaginęło, a duplikatu nie dało się wystawić, ponieważ nie istniał już tamten kierunek, a wzór dokumentu wyszedł z obiegu. Mąż pani R. obiecał mu jednak świadectwo na wrzesień, choć sam nie wiedział, gdzie ono jest.
"Tymczasem mąż zmarł 13 sierpnia 2000 r. i problem spadł na mnie" – pisze pani R. "5 września przyszedł po obiecane świadectwo nasz były uczeń. Jasne, że go nie miałam, ale powiedziałam mu, że jest u dyrektora do podpisu i jutro będzie. Kazałam przyjść na dwunastą. W domu rozpłakałam się i płakałam przez kilka godzin, wymawiając mężowi, że nie dość, że tak młodo umarł, to jeszcze zostawił mnie ze swoimi problemami. Błagałam o cud.
Nazajutrz o 8:15 taka sytuacja: prowadzę lekcję i nagle urywam w połowie zdania. Mówię do uczniów: »Przepraszam, ale idę po świadectwo«. Machinalnie wzięłam do rąk taboret stojący pod tablicą, przeszłam na zaplecze, jak we śnie dostawiłam taboret do jednego z czterech segmentów meblościanki, jak lunatyk wspięłam się na stołek, wsunęłam dłoń w stos zeszłorocznych rysunków i prac i jednym ruchem wyjęłam TO ŚWIADECTWO!" – relacjonowała.
Czy rzeczywiście stał się cud? A może ręką kobiety kierował zmarły mąż? Zresztą, nie był to ostatni raz, kiedy dane jej było poczuć wsparcie z zaświatów – przyznała R.

Oni czuwają
Podobnych relacji są dziesiątki i wypełniają one książki o parapsychologii oraz internetowe fora. Wiele historii znaleźć można w pracach działaczy Towarzystwa Badań Parapsychicznych założonego w 1882 r. w Londynie. Jego przedstawiciele, wśród których byli znamienici uczeni, zbierali i weryfikowali doniesienia sugerujące, że ludzka świadomość może przetrwać śmierć i kontynuować istnienie w innym wymiarze.
Jednym ze wspomnianych badaczy był Camille Flammarion (zm. 1925) – wybitny francuski astronom i propagator nauki, a także parapsycholog, który w trzytomowym dziele "Śmierć i jej tajemnica" opisał wiele historii o komunikatach z zaświatów, jakie otrzymywali wdowy lub wdowcy. Nadchodziły one w bardzo różnej postaci: podczas snu, jako wizje albo realistyczne przekazy głosowe czy myślowe.

Na tym polu zdarzały się też przypadki wyjątkowe i takim była historia przekazana mi przez panią J. Dotyczyła ona komunikacji pośmiertnej, a dokładnie ważnej wiadomości od zmarłego męża dla żony, tyle że przekazanej osobie trzeciej, którą była właśnie pani J. Historia ta demonstruje, że zmarli ukochani nie tylko manifestują swoją obecność, ale też niekiedy ostrzegają.
Było to w 1985 r. Pani J. wybrała się z dzieckiem w odwiedziny do ciotki, której rodzinę w ciągu dwóch lat spotkała niewyobrażalna seria nieszczęść. Zmarło w niej trzech mężczyzn: mąż ciotki, jej syn oraz zięć. Wdowy po nich mieszkały w domu-bliźniaku. Pewnej nocy pani J. poczuła, że opuszcza ciało i nagle znajduje się nad domem, gdzie odebrała dziwaczny przekaz, który nazwała "telepatyczną wiadomością".
"Przekaż cioci, mojej żonie, mojej córce i synowej, że nam jest tu dobrze i niepotrzebnie płaczą i się martwią. My jesteśmy szczęśliwi. Powiedz im, by skupiły uwagę na dzieciach, szczególnie na Janku" – brzmiał komunikat.
Ów Janek był najstarszym wnukiem ciotki, który miał wrodzoną wadę klatki piersiowej i czekała go operacja.
Nie była to jednak cała konwersacja J. z wujkiem (bo to on przekazywał wiadomość). Kobieta poprosiła go, by dał domownikom jakiś znak, gdyż inaczej jej nie uwierzą. Obiecał, że to zrobi. Rano na podłodze znaleziono ozdobny talerz wiszący uprzednio na ścianie. Nie mógł spaść i się nie potłuc. Ktoś go zdjął, choć nie wiadomo było, kto. Pani J. przekazała następnie ciotce i pozostałym wdowom, co usłyszała we śnie, ale miała wrażenie, że jej nie uwierzyły.
"Niedługo potem Janek został zoperowany. Wyprostowano mu zapadniętą klatkę piersiową. Operacja według lekarzy udała się, ale skrzep się urwał i na trzeci dzień Janek umarł. Do rzędu mogił dołączono czwartą" – opisała finał historii J.

Przewodnicy na drugą stronę
Oprócz opisanych powyżej historii o "komunikacji pośmiertnej" parapsychologia zna inne przypadki demonstrujące, że miłość może przetrwać śmierć. Chodzi o doświadczenia bliskiej śmierci, tj. relacje ludzi, którzy (np. w wyniku zatrzymania krążenia) znaleźli się na krótko w stanie śmierci klinicznej i mieli różne związane z tym doznania. Niektórzy z nich po przejściu przez słynny "tunel" napotykali zmarłych bliskich, którzy zwykle zawracali ich, mówiąc, że jeszcze nie pora na śmierć.
Mało znaną odmianą doświadczeń śmierci jest tzw. śmierć współdzielona. To rzadkie i nieczęsto opisywane zjawisko, które (najprościej mówiąc) występuje, kiedy umysł osoby czuwającej przy łożu śmierci kogoś bliskiego "podłącza się" do umysłu umierającego.

Zjawiskiem tym zajmował się pionier badań nad doświadczeniami z pogranicza śmierci, dr Raymond Moody, który poświęcił mu książkę "Glimpses of Eternity", gdzie wyjaśniał, że żywa osoba uczestnicząca w śmierci współdzielonej ma zwykle wrażenie wyjścia z ciała i zmiany "parametrów przestrzeni". Z tej perspektywy obserwuje ona moment przejścia umierającego z tego świata do następnego, czemu towarzyszą takie same sceny jak te, o których mówią pacjenci po śmierci klinicznej.
Wśród relacji o śmierci współdzielonej znaleźć można opowieść kobiety, która, czuwając przy umierającej matce, niespodziewanie weszła w odmienny stan świadomości, stając się świadkiem niezwykłej sceny.
Jej zmarły przed laty ojciec zjawił się, by pomóc swojej żonie przejść w zaświaty:
"Sceny z życia matki przelatywały przed moimi oczami jak w filmie 3D" – rozpoczyna swą relację. "Kiedy przegląd wspomnień znikł, zobaczyłam, że matka wyszła poza ciało. Dostrzegłam też ojca, który zmarł 7 lat wcześniej. (…) Teraz pomagał matce przywyknąć do przebywania poza ciałem. Spojrzałam tacie w twarz i dało się wyczuć płynącą od niego miłość. Zaraz potem jednak skupił się on na mamie. Tata wyglądał młodo, choć w chwili śmierci miał 79 lat. Wokół niego była jakaś łuna albo jasność. Był pełen życia. (…) Część zjawy matki, która była przezroczysta stała nad jej martwym ciałem, do połowy w nim zanurzona. Potem mama z tatą odlecieli gdzieś w jasność i zniknęli".
Zatem jak jest z tą miłością po śmierci?
Pani Renata z Rzeszowa: medium, czyli osoba komunikująca się z bytami z "tamtej strony", przyznaje, że trwa ona dalej.
Związki karmiczne i duchowe trwają nawet po śmierci. Miałam kontakt z co najmniej czterema takimi przypadkami. Ale nie tylko miłość sprawia, że dusza pozostaje czy raczej trwa przy osobie żyjącej. Odejście mogą utrudnić też niezałatwione sprawy albo nagła śmierć sprawiająca, że dusza nie wie, co się z nią dzieje…


Źródło: strefatajemnic

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz