poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Znani pogromcy RAKA!!!


Źródło: Internet
Leonard Coldwell urodził się w Niemczech. Kiedy miał 7 lat jego matka zachorowała na kamicę żółciową, którą zoperowano, ale podczas pobytu w szpitalu została zarażona wirusowym zapaleniem wątroby i w konsekwencji dostała raka wątroby. Pięć lat później (Coldwell miał wtedy 12 lat) rak u jego matki wszedł w fazę ostateczną i lekarze dali jej maksimum od 6 miesięcy do 2 lat życia. Powiedziano jej żeby wykorzystała ten czas jak najlepiej, bo na jej chorobę nie ma lekarstwa i na wyleczenie nie ma nadziei. Ból, jaki przeżywała był tak silny, że lekarz musiał przyjeżdżać do niej karetką pogotowia z zastrzykiem morfiny dwa razy dziennie.
Mały Coldwell każdego dnia po powrocie ze szkoły sprawdzał najpierw czy jego matka jeszcze żyje. Przez to żył w permanentnym strachu, że któregoś dnia zastanie ją martwą. Jego ojciec nie mogąc znieść życia pod jednym dachem z cierpiącą i umierającą osobą, któregoś dnia wyszedł z domu i już nigdy nie wrócił. Od tego czasu w domu Coldwella brakowało wszystkiego, łącznie z jedzeniem. On sam zaczął popadać w zapaści nerwowe i jego matka widząc, że na jej oczach, przez jej chorobę rozpada się także życie jej syna, przyrzekła mu, że będzie walczyć ze wszystkich sił aby nie zostawić go samego. Mały Leonard uczepił się tej myśli jak ostatniej deski ratunku i zaczął czytać poważne książki medyczne, bo bardzo chciał zrozumieć tę straszną chorobę, z którą walczy jego matka.

Zaprzyjaźnił się on z 86-letnim, emerytowanym lekarzem, który polubił go i cierpliwie tłumaczył mu, w jaki sposób powstają choroby i jak na nie reaguje organizm. Coldwell chodził także na każdy odczyt i jeśli pozwalano mu wejść także na seminaria uniwersyteckie i wykłady w szkołach medycznych. Kiedy pytano go powody, dlaczego taki młokos przychodzi bez rodziców na poważne zajęcia medyczne - opowiadał historię swojej matki i tłumaczył, że szuka dla niej leku, który uratowałaby ją od śmierci. Historia ta działała mocno na wyobraźnię medycznych autorytetów i niemalże zawsze wpuszczano go na zajęcia za darmo. Stał się on nawet swego rodzaju maskotką, bo wielu profesorów chętnie po zajęciach poświęcało mu swój czas, tłumacząc mu rozmaite zawiłości medycyny.

Wszystko to, czego nauczył się na takich zajęciach niemalże natychmiast wprowadzał w życiu i aplikował swojej matce. W międzyczasie dowiedział się o śmierci swojego ojca, który zmarł na chorobę nowotworową. Zmarło także siedmioro braci i sióstr jego matki - wszyscy na raka. Na raka zmarli również jego dziadkowie. Tymczasem Coldwell wciąż będąc chłopcem nieoczekiwanie posiadł ogromną wiedzę na temat chorób nowotworowych nie tylko w teorii, ale także w praktyce, gdy obserwował odchodzących po kolei członków swojej rodziny. Wzrastał on kompletnie otoczony przypadkami raka, bólem i śmiercią.

W wieku 14 lat Leonard Coldwell zapoznał się z kontrowersyjnymi poglądami profesora Kurta Tepperweina. Na jednym z seminariów Tepperwein demonstrował potęgę hipnozy i na dłoni ochotnika z sali wykładowej położył niewielką monetę. Następnie wprowadził osobę w stan hipnozy i powiedział jej, że moneta jest rozpalonym kawałkiem węgla. Nagle na dłoni pod monetą pojawiło się zaczerwienienie jak po oparzeniu. Dla Coldwella było to niezwykłe doświadczenie. Doszedł do wniosku, że jeśli ludzkie ciało jest w stanie dokonać czegoś tak niezwykłego, jak wywołanie symptomów oparzenia bez prawdziwej przyczyny, to w takim razie możliwa jest także reakcja odwrotna. Przyszło mu do głowy, że ciało jest być może zdolne do usunięcia guza poprzez mentalną stymulację. Oczywiście matka Coldwella stała się dla niego królikiem doświadczalnym. On sam opanował wkrótce umiejętności akupunktury i akupresury, a także eksperymentował na matce z ziołami - oczywiście na podstawie tego, czego nauczył się na wykładach i z literatury medycznej.

Kiedy Coldwell skończyl 16 lat jego matka wciąż żyła mimo, że data jej śmierci ustalona przez lekarzy dawno już minęła. Od tego momentu jej zdrowie zaczęło się powoli, ale sukcesywnie i wyraźnie poprawiać. Ale na tym nie koniec. Matka dr. Leonarda Coldwella żyje do dziś, ma 75 lat i zdrową wątrobę. Jest pełna sił witalnych i energii. Tak więc jego matka była jego pierwszą pacjentką. Sława chłopca, który ma wiedzę większą niż niejeden doktor szybko rozeszła się po okolicy gdzie mieszkał i po poradę do niego przychodzili wszyscy sąsiedzi. Leczył także swoich rówieśników ze szkoły. Kiedy skończył 18 lat i stał się pełniletnim człowiekiem, do jego domu przyszedł policjant, który aresztował go za uprawianie medycyny bez licencji. Dlatego młody Leonard musiał na kilka lat przestać pomagać sąsiadom i zapisał się na studia medyczne aby uzyskać taką licencję. Kończąc medycynę zrobił po drodze jeszcze 8 dodatkowych specjalizacji i dziś poświęcił się wyłącznie walce z rakiem. Jest to jego życiowy cel, który konsekwentnie realizuje - RAK. 


Źródło: Internet
Choroba ta jest od 2005 r. najczęstszą przyczyną śmierci, wyprzedzając na tym mrocznym polu choroby serca. W samych Stanach Zjednoczonych ofiarą raka pada rocznie pół miliona osób i liczba ta nieustannie rośnie. 


Medycyna przeciwko chorobom nowotworowym wystawia swe najsilniejsze argumenty: chemioterapię, radiację i umiejętności chirurgów wycinających chorą tkankę. Jest to jednak oficjalna medycyna - ta wykładana na sławnych akademiach medycznych. Wśród jej absolwentów są jednak i tacy, którzy szukają alternatywnego podejścia w walce z tą śmiercionośną chorobą i do takich należy dr. John Apsley. Dr. Apsley przez wiele lat badał budowę komórkową człowieka i starał się zrozumieć proces, jaki stoi za jej regeneracją. Opracował unikalną technikę elektrycznej akupunktury a od kilku lat pracuje nad nieinwazyjną metodą leczenia chorób nowotworowych.
Według Johna Apsleya choroba nowotworowa ma swój początek w momencie, kiedy komórki naszego ciała wchodzą w niski stan energetyczny, co jest początkiem rozległego stanu zapalnego. Niektórzy lekarze aplikują swoim pacjentom naturalne hormony tarczycy i w niemalże magiczny sposób stan zapalny organizmu zaczyna znikać. Hormon tarczycy - który nie jest lekiem syntetycznym a środkiem naturalnym, ma zdolność odwrócenia niskiego stanu energetycznego komórki i przywrócenie jej właściwego poziomu. Problem jednak leży w diagnostyce, bo niezwykle łatwo jest pomylić się w ocenie funkcjonowania tarczycy.
Niewiele zmieniło się w tej materii od 1941 r. kiedy to w "New England Journal of Medicine" opisano sposób na jej badanie. Pacjenta zamykano w specjalnej komorze i przez 6 godzin mierzono ile zużył tlenu, ile wyprodukował CO2 i jaka przez ten czas była temperatura jego ciała. Ustalano wtedy wielkość odczytu określając różnicę pomiędzy tzw. wysokim normalnym odczytem a niskim normalnym odczytem. Na podstawie tej różnicy lekarz określał, jakie jest działanie tarczycy. Nie było to zadaniem łatwym, bo widełki w odczycie czasami miały 140% różnicy, co ze statystycznego punktu widzenia daję dużą szansę na popełnienie błędu w ocenie.

Źródło: Internet
Inne podejście do tego pomiaru znalazł amerykański endokrynolog Broda Barnes. Mierzył on temperaturę pacjenta każdego ranka, gdy tylko ten się obudził. Dzięki temu określił właściwą temperaturę ciała, przy której tarczyca działa bez zarzutu. Tu również występuje różnica, lecz sięga ona co najwyżej. 14% pomiędzy normalnym niskim i normalnym wysokim odczytem. Tak więc metoda Barnesa jest nie tylko skuteczniejsza, ale także niezwykle tania. Do przeprowadzenia takich badań niepotrzebny jest doktor (już sam ten fakt czyni ją ogromnie podejrzaną) i można to robić samemu. Jeśli porządny, cyfrowy termometr, (który przed każdym pomiarem trzeba zresetować 2-3) wskazuje 32.2º+/- 0.1 ºC - tarczyca jest w najlepszym porządku. Temperatura niższa wskazuje na budujący się stan zapalny i zwiększenie we krwi c-reaktywnych protein, które wskazują na chorobę serca lub tworzenie się komórek rakowych. Kiedy temperatura jest wyższa od podanej - mamy do czynienia ze stanem podgorączkowym co samo przez się wskazuje na chorobę.
Tak więc u podstaw wszelkich poważnych przypadłości chorobowych leży praca hormonu tarczycy. Sam stan zapalny organizmu jest zjawiskiem jak najbardziej pożądanym, bo dzięki niemu białe ciałka krwi niszczą komórki rakowe i infekcje. Hormon tarczycy doskonale nadaje się do tego, aby zbalansować stan energetyczny komórki. Ona sama - wg. dr. Apsleya ma charakter koloidalny co znaczy, że jest jak żelka, w której zatopione są partycje, ale oficjalna medycyna ma problem z takim patrzeniem na komórkę.

Wyobraźmy sobie komórkę w tym rozumieniu jako owocową galaretkę z zanurzonymi w niej kawałkami owoców. Te owoce symbolizują partycje powiązane ze sobą tą galaretką. Jeśli jej powierzchnia zaczyna drgać, to drganie to przenosi się do partycji, które również zaczynają drgać i wg. dr. Apsleya jest to kwintesencja życia. Wysoki stan energetyczny takiej komórki poprzez swoje intensywne drganie sprawia, że jesteśmy zdrowi i zadowoleni z życia. Rak, który jest efektem mutacji takiej komórki zakłóca to drganie i osłabiając ją.
Mamy do czynienia ze 100 tys. mutacji, które zachodzą każdego dnia, w każdej z naszych komórek z osobna. W wieku 25 lat, kiedy organizm jest u szczytu swoich możliwości i jest silny i zdrowy - z łatwością reperuje te mutacje. Jeśli więc pomnożyć te 100 tys. przez 7 500 000 000 000 000 000 (bo tyle średnio komórek składa się na ludzkie ciało) widzimy niezwykłe zdolności samonaprawcze ludzkiego ciała, które potrafi włączyć coś na kształt programu antywirusowego, reperującego wszelkie uszkodzenia i problemy. Czyż celem medycyny nie powinno być znalezienie klucza do tego programu? Poznanie zasad, na jakich nasz organizm sam siebie naprawia pozwoliłoby stymulować go tak, by szybko sam zdławił najcięższą chorobę, bez potrzeby używania super drogich urządzeń w kosmicznie wyposażonych szpitalach). Chyba sam sobie odpowiedziałem na to pytanie i może dlatego zrozumienie tego zjawiska nie jest przedmiotem studiów na Akademiach Medycznych.

Źródło: Internet
Jednym z pionierów takiego nieortodoksyjnego podejścia do chorób nowotworowych był Max Gerson, urodzony w Wągrowcu pod Poznaniem niemiecki Żyd, który uciekając przed Hitlerem wyemigrował do Ameryki. Gerson opracował oryginalną nieinwazyjną metodę leczenia raka. Oparta była ona na piciu olbrzymich ilości świeżo wyciśniętego owocowo-warzywnego soku i na lewatywach z kawy. Terapia ta byłaby na równi anegdotyczna z tą, jaką aplikował dr Grünstein w "Przygodach dobrego wojaka Szwejka" (lewatywa i mokre prześcieradła), gdyby nie fakt, że okazała się ona nad wyraz skuteczna. Dr. Gersonowi udało się wyleczyć tych chorych, którzy byli w ostatnim, śmiertelnym stadium raka!

Jego metoda wzbudziła więc zrozumiałe zainteresowanie i w 1947 r. zaproszono go do amerykańskiego Kongresu, który miał właśnie przyznać olbrzymią dotację na nowe techniki leczenia chorób nowotworowych. Dr. Gerson zabrał ze sobą do Waszyngtonu jednego ze swoich byłych, śmiertelnie chorych pacjentów, który był kompletnie wolny od raka i stanowił oczywisty dowód na potwierdzenie skuteczności nowej metody. Kongresmani byli zachwyceni prezentacją Gersona i przyznanie funduszy na te badania wyznaczono na następny dzień. Jednak zanim ten nastąpił do pracy przystąpili lobbyści. Następnego dnia członkowie Kongresu nieoczekiwanie zagłosowali przeciwko finansowaniu terapii dr. Gersona i postanowiono leczyć nowotwory tak jak to się robi teraz: chemią, radiacją i lancetem.
To, co najbardziej przeraziło świat medyczny w metodzie dr. Gersona był fakt, że aby skutecznie leczyć ludzi z najcięższych chorób nowotworowych wcale nie potrzeba skomplikowanej aparatury, atomowych tomografów, sal operacyjnych jak z filmów SF a co najgorsze, wcale nie trzeba do tego.. lekarzy, bo każdy przy zdrowych zmysłach może zacząć leczyć się sam lub wynająć do tego medycznego technika.
I to jest główny powód, dlaczego każda alternatywna terapia, każde nieortodoksyjne podejście do tematu zdrowia jest natychmiast określane jako niebezpieczne praktyki znachorskie, które należy tępić z całą surowością prawa a prawo do leczenia przydzielić wąskiej kaście ludzi niekoniecznie zainteresowanych wyleczeniem chorego. 
 
Źródło: Internet
Dr Leonard Coldwell jest uważany za jednego z największych autorytetów w kwestii chorób nowotworowych. Jego skuteczność w leczeniu raka wynosi 92.3%. Obecnie prowadzi on badania naukowe nad wpływem stresu na powstanie schorzeń - zwłaszcza tych kończących się rakiem. Jest autorem 8 światowych bestsellerów, w których opisuje swoje doświadczenia w walce z chorobami nowotworowymi. Zamieszcza także wiele artykułów w prasie medycznej.

Dr. Coldwell uważa, że to nie lekarze leczą ciało, ale ciało szuka drogi aby uleczyć samo siebie. Często zdarza się, że ludzie cierpiący na poważne schorzenia nieoczekiwanie pozbywają się choroby ufając wyłącznie swojemu własnemu instynktowi i zdrowemu rozsądkowi. Dr. Coldwella wierzy, że jeśli natura tworzy jakiś problem, to ta sama natura posiada także rozwiązanie tego problemu. W przypadku raka oznacza to, że ani chemioterapia, radioterapia czy wreszcie operacja chirurgiczna nie jest w stanie uleczyć pacjenta, bo tylko on sam i jego organizm są w stanie opanować chorobę - nawet taką, która wydaje się być nieuleczalna.
Rak sam w sobie nie jest żadną chorobą - jest awarią organizmu. Rak jest także czymś niezwykle powszechnym. Każdy z nas urodził się z rakiem, który objawia się w postaci zmutowanych, półżywych komórek, które odrzucane są z organizmu przez system odpornościowy a w ich miejsce powstają odnowione i właściwie działające komórki. Tak więc organizm ludzki walczy z rakiem od pierwszych sekund swojego życia.
Niektórzy uważają, że istnieją rozmaite odmiany raka, gdy tymczasem jest on za każdym razem w jednej i tej samej formie. Aby go jakoś rozróżnić nazywa się go od organów, w których powstał lub od sposobu, w jaki został zdiagnozowany w laboratorium. Tak więc rak to po prostu rak - za każdym razem mechanizm. Nie ma specjalnych raków czy rzadkich i unikalnych raków - najwyżej może być unikalne miejsce na ciele gdzie taki rak się objawił. Dlatego sposób walki z takim schorzeniem jest również taki sam, niezależnie w którym miejscu ciała się ono znajduje.
Główną przyczyną powstania raka jest zachwianie równowagi energetycznej organizmu. Przez większość życia system immunologiczny człowieka z powodzeniem daje sobie radę w walce z rakiem. Jednak sytuacja staje się poważna wtedy, kiedy organizm zamiast oczyszczać, akumuluje zmutowane komórki w jednym miejscu i pozwala im rosnąć i rozmnażać się.

Jednak paradoksalnie to właśnie rak chroni nas przed niechybną śmiercią. Nasz organizm jest niezwykłą strukturą. Zamiast pozwolić rakowi w sposób niezauważony powoli zatruwać nasze ciało, zbiera komórki nowotworowe w jednym miejscu i zamyka je w narośli zwanej tumorem, która działa w tym przypadku tak jak kokon. Taki tumor np. w piersi kobiety rośnie 7-10 lat zanim współczesna nam medycyna jest w stanie go zdiagnozować. Dlatego zaskakująca jest reakcja lekarzy, którzy odkrywając tumora tworzą stan strachu i paniki, proponując kobietom chemioterapie, radiację i na koniec operację. Za każdym razem lekarze starają się przekonać pacjentkę, że nie ma ona czasu i że trzeba jak najszybciej reagować. Przez ten strach przekonuje się kobiety, że tumor, który rósł przez cale lata by w końcu zostać zdiagnozowany, musi zostać niezwłocznie zoperowany, bo w przeciwnym wypadku stanie się on przyczyną niechybnej śmierci pacjentki.

Tymczasem taktyka wobec nowotworu wcale nie musi być aż tak drastyczna. Organizm ludzki posiada w sobie zdolność nieustannego odnawiania się i odrzucania zmutowanych komórek. Np. wątroba odnawia się w tempie jedna komórka na sekundę, co oznacza, że mamy nową wątrobę co 6 tygodni. Co 4 tygodnie odnawia się nasza skóra. Odnawianie się nerek zabiera 8 miesięcy, tyle samo czasu zabiera odnawianie się płuc. Odnawiają się w ten sposób niemalże wszystkie komórki naszego ciała (z wyłączeniem tych, które budują zęby). Tak, więc jeśli ktoś ma np. raka wątroby jest w stanie się go pozbyć w ciągu 6 tygodni po tym, jak komórki budujące wątrobę się odnowią. Jest to możliwe wtedy, gdy chcemy dopomóc organizmowi pozbyć się takiego pasażera na gapę. Komórki rakowe, żyją własnym życiem i można je zabić poprzez dosłowne zagłodzenie ich na śmierć. Największym przyjacielem raka jest cukier i ograniczenie go w diecie do minimum może być bardzo w tym pomocne. Największym wrogiem raka jest tlen i jego duża ilość w organizmie jest w stanie skutecznie go zabić (Otto Warburg dostał za pracę nad chorobami nowotworowymi Nagrodę Nobla w 1931 r.).

Tak więc kiedy ciało ludzkie ma lekki odczyn alkaliczny i dużą ilość tlenu do dyspozycji - rak nie jest w stanie rozwijać się w takich warunkach. Wiadomo o tym od 1936 r. ale aplikacja tej wiedzy w rzeczywistość medyczną nie przynosi żadnych zysków - zwłaszcza przemysłowi farmaceutycznemu i dlatego się jej nie stosuje. Odczyn ciała wszystkich ludzi chorych na raka jest kwaśny, bo tylko w takim środowisku może się on rozwijać. Skala pH, która mierzy odczyn ciała jest ustanowiona w zakresie od 1 do 14. 7 na skali oznacza odczyn obojętny a perfekcyjny odczyn ciała u ludzi walczących z rakiem powinien być około 7.36 pH. czyli być bliski alkalicznemu. Według dr. Coldwella w takim ciele rak nie może się dalej rozwijać i obumiera. Jest to podstawa naturalnej kuracji antyrakowej. W takich warunkach każdy rak znika w ciągu 2 do 16 tygodni. Niektóre nowotwory znikają w ciągu kilku godzin, a nawet w jednej chwili, zazwyczaj w obecności lekarza. Znikają one w sposób spontaniczny. Wówczas pacjenci mówią, że stał się cud, że spadła na nich łaska boska lub że pokonali raka siłą woli czy natury. Tymczasem jest to samouleczenie się organizmu, któremu umożliwiono takie działanie.

Źródło: Internet
Dr. Raymond Francis jest lekarzem, który specjalizuje się w sposobach utrzymywania optymalnego stanu zdrowia i profilaktyce chorób. Jest znany przede wszystkim ze swojej słynnej książki "Never be Sick Again" (wydana także w Polsce pod tytułem "Pożegnaj się z chorobą"). Publicznie ogłosił, że jeżeli jest ktoś, kto chciałby zachorować na raka, powinien niezwłocznie przenieść się do USA. Środowisko naturalne, dieta Amerykanów, a także ich styl życia sprzyja jak nigdzie indziej rozwojowi tej choroby. Trzech na czterech Amerykanów cierpi na jakąś przewlekłą chorobę. Ponad 90% amerykańskiej populacji w wieku ponad 65 lat jest również przewlekle chore. Chorują także dzieci i nawet medyczne żurnale alarmują, że te dzieci gdy dorosną nie będą żyły tak długo jak ich rodzice. Jakby tego było mało Amerykanie stają się coraz bardziej chorzy każdego roku. Uchwalona nowa "reforma zdrowia" dodatkowo pogorszy tę sytuację, bo ilość pieniędzy wydana na państwową służbę zdrowia, w którą tak wierzy obecny prezydent, zbankrutuje gospodarkę tego kraju. Dr. Francis widzi jednak światełko w tunelu i szansę na odwrócenie tej ponurej tendencji.

Dr. Francis jest z wykształcenia biochemikiem, absolwentem słynnego MIT i nigdy nie myślał o tym aby zostać lekarzem. W wieku 40 lat ciężko zachorował i gdy usłyszał od lekarzy, że rokowania dla niego nie są pomyślne (dostał 2 lata życia) postanowił wziąć sprawy we własne ręce. Rozpoczął samoedukację i samoleczenie, które zajęło dane mu dwa lata i które zakończyło się dla niego sukcesem i powrotem do pełnego zdrowia. Wówczas (wciąż jeszcze nie będąc lekarzem) Raymond Francis pojął, że znalazł on właśnie dla siebie cel w życiu, jakim jest szlachetna sztuka ratowania ludzkiego zdrowia. Po przeczytaniu niezliczonych medycznych publikacji dr. Francis jest pewien jednego - tego mianowicie, że współczesna medycyna dysponuje odpowiednią wiedzą pozwalającą na wyleczenie pacjenta niemalże z każdej choroby. Wiedza ta jednak jest rozproszona w nieładzie w tysiącach książek i magazynów medycznych, napisanych w dziesiątkach różnych języków na przestrzeni ostatnich 100 lat. Nikt do tej pory nie zdołał skomasować tej wiedzy w jednym miejscu tak, aby mogli z niej korzystać praktykujący na co dzień lekarze.
Jednym z podstawowych i fundamentalnych elementów ludzkiego zdrowia wg. dr. Francisa jest odczyn pH naszego ciała. Może to być odczyn kwaśny, zasadowy lub obojętny. Życie ludzkie zaczyna się od pojedynczej komórki, która rozwija się w łonie matki. Kiedy z takiej komórki urodzi się człowiek, jest on zbudowany średnio z 50 do 100 bilionów komórek. Tak więc mamy tu do czynienia z ogromną masą tych komórek. Pojedyncza komórka jest ogólnie rzecz biorąc balonem wypełnionym wodą. Znajduje się w niej także wiele innych bardzo istotnych elementów, ale woda jest czynnikiem dominującym i musi mieć ona pewien ściśle określony odczyn pH. Jest to ogromnie ważne dla metabolicznej maszynerii w środku komórki, którą są enzymy. Enzymy działają tylko w ściśle określonym zakresie pH. Jeśli poziom pH ulegnie zakłóceniu, niektóre z enzymów przestaną pracować a inne - te które akurat nie powinny - zaczną pracować. Zmiana pH włącza lub wyłącza aktywność enzymów. Ważny jest tu jednak jeszcze jeden element tej gry.

Naszym życiem zarządzają geny, ale to my zarządzamy genami. Tak naprawdę więc nasze życie zależy od nas samych. Wielu lekarzy uważa, że geny pełnią rolę nadrzędną w organizmie i jeśli ktoś ma zapisaną w genach skłonność np. do raka jakiegoś organu to nie ma od tego ucieczki. Zarządzanie genami nie jest jednak wcale trudne. Genom daje się sygnał, wiadomość, która nakazuje im ściśle określone działanie. Taki sygnał jest wysłany np. za pomoca odpowiedniego odczynu pH. Jeżeli więc zmieni się pH w komórce, zmieni się także sygnał wysyłany do genów i zmienia się jednocześnie przez to sposób oddziaływania naszych genów na organizm. Większość ludzi chorych na raka ma ekstremalnie wysoki kwaśny odczyn ciala na skali pH. Jednak istnieją również przypadki, w których ekstremalnie zasadowy odczyn ciała jest rownież przyczyną raka. Oznacza to, że wahania w normalnym zakresie pH organizmu - w obie strony - niosą ze sobą poważne problemy zdrowotne. Jednak znakomita większość przypadków chorób nowotworowych łączy się ze zbyt kwaśnym odczynem ciała. Dlatego konieczny jest powrót do zrównoważonego pH, bo dzięki temu zmienia się informacja posyłana genom. Wszyscy rodzimy się z garniturem genów, które dają nam jakąś określoną predyspozyję (np. predyspozyje do zachorowania na cukrzycę, która może być chorobą dziedziczną, lub do raka), ale geny, które przenoszą raka nie bedą miały szansy się uaktywnić, jeśli zostanie zachowany odpowiedni poziom pH w organiźmie. Zachowanie takiego poziomu wcale nie jest trudne.

Oznacza to, że trzeba przestać jeść wszystko to, co powoduje zakwaszanie organizmu i wrogiem nr. 1 jest tu cukier. Produkty z mąki pszennej, duża ilość mięsa, picie Coca Coli i innych podobnych jej "napojów", picie mleka (tak, tak) powodują zakwaszanie organizmu na wielką skalę. Z kolei odczyn zasadowy można uzyskać dzięki owocom i warzywom - i najlepszy jest tu świeżo wyciśniety z nich sok, w którym składniki potrzebne organizmowi są w ogromnej koncentracji. Warzywa w szczególności posiadają w sobie wiele unikalnych związków chemicznych potrzebnych organizmowi. Sama zaś choroba nowotworowa jest wg. dr. Francisa procesem biologicznym, który można włączyć, ale także wyłączyć. Związki chemiczne zawarte w warzywach mają więc moc zatrzmania rozwoju komórek nowotworowych na każdym etapie rozwoju tej choroby.




















Źródło: bochenia.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz